Tweety na temat @pzworgpl

Logowanie

0

Aktualności

A przed wojną łowiło się tak... czyli wspomnienia najstarszego nowomiejskiego wędkarza...

Aktualności | 2016-03-15 | Publikujący: Koło Nowe Miasto

Nowomiejski listonosz  Feliks Iwaćkowski

W dniu 14 października 2015 roku prezes Koła Polskiego Związku Wędkarskiego w Nowym Mieście kol. Juliusz Wardzyński przeprowadził rozmowę z kol. Leonem Figurskim, najstarszym członkiem Koła PZW Nowe Miasto, odznaczonym w 2002 roku Złotą Odznaką PZW.

 

Panie Leonie, przede wszystkim dziękuję Panu za możliwość porozmawiania o historii nowomiejskiego wędkarstwa. Zbliżająca się 40 rocznica powstania naszego Koła wydaje się być dobrą okazją do takiej rozmowy. Panie Leonie, jeśli mogę zapytać, ile ma Pan lat?

 

Urodziłem się w 1930 roku w Nowym Mieście. Jak rozpoczynała się II wojna światowa miałem 9 lat, więc co nieco już pamiętam. Razem ze swoją rodziną mieszkaliśmy tuż nad Soną, na ul. Warszawskiej, gdzie obecnie mieszka Pan Andrzej Sawicki. Dzięki swojemu starszemu bratu oraz bliskiej odległości do rzeki, już w wieku 7-8 lat łowiłem swoje pierwsze ryby. Wtedy to spotykało się bardzo mało dzieci na rybach, raczej było to zajęcie dla starszych.

 

Jakiego sprzętu do połowu ryb kiedyś się używało?

 

Ooo, dzisiejsza młodzież by nie uwierzyła, że się kiedyś na takie coś łowiło piękne ryby. A łowiło się na leszczynowe kije. Wczesną wiosną, gdy drzewa jeszcze nie puściły soków, jeździło się do lasu aż za Gucin, by wycinać w lesie tzw. sztukówki leszczyny. Niektórzy łowili bezpośrednio na leszczynę, a inni dorabiali u stolarza na dolnik taki „gilasty“ kijek sosonowy. Zamiast kołowrotka wbite były w dolnik dwa gwoździki lub haczyki, na czubku jedno kółko zrobione z byle czego, a za żyłkę służyło kręcone włosie z końskiego ogona. Spławiki robiło się z łatwych do znalezienia nad rzeką gęsich piór, do których czasem dorabiało się „koreczek“. Na \"węde\" na żywca koniecznym było posiadanie nawet trzech korków, by zobaczyć w którą stronę odpływa szczupak. Za obciążenie służył klepany i zakręcany ołów – wszystko samemu się robiło. Największym problemem było pozyskanie haczyków. Po wojnie można było dostać haczyki jedynie u Pana Perkowskiego w sklepie wielobranżowym (obecna siedziba Posterunku Policji). Ale koreczków gotowych jeszcze nie było. Później przyszła era wędzisk bambusowych, a także z pełnego włókna szklanego, które wykonywał Pan Leszek Kultys. Musiało upłynąć wiele lat, żeby można było coś dostać w sklepach. Pamiętam, jak 1976 roku będąc na wycieczce w Czechosłowacji zakupiłem swoją pierwszą wędkę teleskopową, firmy Sona. Wzbudzała zaintereresowanie wtedy u wielu wędkarzy. Zdarzało się, że znajomi pracujący w NRD specjalnie „na zamówienie“ przywozili nam jakiś sprzęt, np. spinningi marki Germina czy bardziej finezyjne muchówki. Jako siedziska i jednocześnie pojemniki do przechowywania żywca lub drobnego sprzętu w powszechnym użyciu były wtedy „baczki“ tj. blaszane wiaderka z przykrywką po marmoladzie.

 

Czy może Pan opowiedzieć, jak wtedy wyglądała rzeka Sona?

 

Nasza rzeka była w tamtych czasach bardzo głęboka, doły sięgały nawet 8 metrów. Sona potrafiła mieć dwa, a nawet trzy koryta, i te doły były właśnie tam, gdzie Sona z powrotem łączyła się w jeden nurt. Tak było np. w Czarnotach, Gościminie czy na Zasoniu (tzw. dołek Kurłowskiej). Rzeka poniżej Nowego Miasta była dość szeroka jak i teraz, ale wyżej, tak już od Gościmina, to rzeka była w tych odnogach nawet szerokości dwóch metrów - można ją było przeskoczyć. Ale dwa metry głębokości miała zawsze. Ta ilość odnóg powodowała uciążliwość w przeprawie do tego stopnia, że np. przed wojną w Gościminie były dwa czy trzy mosty. Jak dziedzic miał ziemię za rzeką, to na własny koszt budował i trzy mosty, żeby się tam dostać. Te przeprawy nie były wielkie, ale umożliwiały przejazd drewnianych furmanek. Dopiero po regulacji cieki te połączono, choć pozostały jeszcze starorzecza, jak np. właśnie w Gościminie.
W samym Nowym Mieście w miejscu obecnego, żelbetonowego mostu stały kiedyś dwa drewniane mosty na palach, z tym że ten drugi znajdował się nieco dalej od Rynku, tuż przed zjazdem na stadion. Pamiętam jak w 1938 roku Henryk Biliński (dawny fryzjer z Nowego Miasta), jako jeszcze młody chłopak ledwo wyciągnął owiniętego wokół pala pod mostem ogromnego węgorza. Biegliśmy wszyscy za nim, kiedy niósł tę rybę do domu, a mieszkał wtedy na Folwarku, tu gdzie dziś mieszka Pan Krzysztof Jaworski.
Na Sonie było też bardzo wiele młynów wodnych, które służyły do przemiału ziarna na mąkę i kaszę. Ja sam pamiętam młyn na Łuszczewie, w Nowym Mieście przy posesji Pana Boszko, na Czerniu, w Grabiu, zdaje się że i w Żołędowie. Ostatni, pobudowany jeszcze przed wojną przez posła pochodzącego z Popielżyna, znajdował się w tej wsi w rejonie obecnego mostu. Turbiny młynów zabezpieczone były przed zanieczyszczeniami takimi kratami, siatkami. Młynarze z tych siatek czasami wyciągali wiele zaplątanych węgorzy.
Dziś wydaje mi się, że dlatego było dużo ryb w Sonie, ponieważ m.in. właśnie młynarze podtrzymywali wysoki poziom wody, a koryto było głębokie. I nawet jak młynarzom potrzebna była woda do napędzania turbin, to właśnie to głębokie koryto dawało rybom schronienie.

 

Czy może nam Pan opowiedzieć coś o rybostanie występującym w Sonie?

 

Sona to była bardzo rybna rzeka. Tak przed wojną, jak jeszcze kilkanaście lat po wojnie. Choć rzekę dzierżawili rybacy, którzy łowili sieciami, to ryb było bardzo dużo. Przede wszystkim leszcze, szczupaki, jazie, klenie, płocie i bardzo duże okonie. I bardzo dużo było wielkich węgorzy, które najlepiej brały wtedy, gdy wracały z wodą do morza na tarło. W czasie dużej powodzi zaraz po wojnie zdarzyło się, że ryby podbiły z Wisły i Narwi, i nikt nie wiedział nawet jak się nazywają.
Przed wojną nie było żadnej „chemii“, żadnych nawozów czy oprysków. M. in. dzięki temu było bardzo dużo ryb, ale także i innych zwierząt wokół nas. Pamiętam jak kiedyś obserwowaliśmy wielkie ryby, które stały od łąki Państwa Piekarskich na Błoniach aż do młyna Pana Gostkiewicza na Czerniach. Gdy słońce stało po stronie zachodniej, w pierwszej chwili nie było widać, że to ryby. Widziało się jedynie czerwień i złoto, tak się mieniły. A to były pięciokilogramowe leszcze. Pamietam, jakbym dziś na to patrzył, jak one wychodziły i stały tak pod wierzchem.
Kiedyś było bardzo mało wędkarzy, a rybacy – chociaż nastawieni na zysk – szanowali ryby i na przykład nigdy nie łowili ryb będących w tarle, choć byłoby to najprostsze. O poszanowaniu ryb przez miejscowych rybaków mówili mi nawet moi rodzice, ale i ja to też zaobserwowałem. Nikt nie myślał o zarybianiu, bowiem nie było takiej potrzeby, w Sonie zawsze było dużo narybku. Pamiętam kilku rybaków. Jednym z nich był ojciec Pana Józefa Wąsowskiego, byłego sołtysa Nowego Miasta, mieszkający na Piaskach. Nie zapomnę widoku suszących się sieci na palach przy jego domu na Piaskach. Rybakiem był też Pana pradziadek, Władysław Wardzyński (ilustr. 1) z ulicy Koziej (obecnie Waryńskiego), który dzierżawił rzekę od Czernia do samego ujścia Sony do Wkry. Rybakiem był jeszcze Pan Piekarski. Choć ja sam tego nie widziałem, to mój ojciec (ale też i wnuk tego rybaka) opowiadali mi o wielkich, łowionych przez niego rybach.
Ryby pozyskane przez rybaków przed wojną nie trafiały jednak na stół polskich chłopów, lecz do Żydów, którzy bardzo licznie zamieszkiwali Nowe Miasto. Mieli swoje święto, szabat, kiedy to jedli właśnie jedynie ryby i mace. Z tego co pamiętam społeczeństwo z nimi dobrze żyło. Z tym, że opanowali prawie cały handel w Nowym Mieście, „polskich“ sklepów było wtedy jedynie kilka.
Pamiętam w tamtych latach jeden nieszczęśliwy w swoich skutkach wypadek. Otóż syn jednego ogrodnika, który przyjechał razem z ojcem na targ w środę do Nowego Miasta, pobiegł z kolegą na tzw. śluzę, zaraz za obecnym budynkiem Urzędu Gminy. Ta odnoga rzeki kiedyś pełniła rolę głębokiego magazynu wody dla młynarzy, by później przybrać kształ wielkiego, głebokiego stawu, zamieszkiwanego przez ryby, ale także przez miliony ślimaków. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że ten chłopiec bawiąc się w wodzie niestety utonął. Tam było tak głęboko, że nikt nie potrafił dopłynąć do dna, żeby wyciągnąć jego ciało. Wtedy poproszony o pomoc Pan Wąsowski zaciągnął sieciami kilka razy, lecz to też nic nie dało. Umocowali wtedy ciężkie łańcuchy do sieci i dopiero wtedy wyłowiono z dna tego chłopca. W tą sieć wówczas złapały się także takie wielkie szczupaki, po 8 - 9 kilogramów. To było takie pierwsze nieszczęście nad wodą, które na długo zapamiętałem...

 

 

Panie Leonie, jakich przynęt najczęściej używaliście?

 

 

No, robaków na ryby, tak jak dziś, nie można było kupić w sklepach. Przed wojną to się łowiło przede wszystkim na ziemniaki, chleb, wpomniane wcześniej robaki i rosówki. Dobrzy wędkarze łowili także na groch, pszenica nie była w modzie. Na groch łowili m.in.: Brzeszkiewicz, Kraszewski, Czarnecki, Wietrzykowski – starzy wędkarze. Oczywiście łowili też „na żywca“, bo było bardzo dużo kiełbi w Sonie.
Z powodu braku odpowiedniego sprzętu nie łowiono metodą spinningową w ogóle. Dopiero długo po wojnie nasz zegarmistrz Ryszard Kultys porobił sobie \"blachy\"z łyżeczek od herbaty. Zdarzało się, że sprezentował jakąś swojemu znajomemu, ale te ze srebrnych łyżeczek zawsze sobie zostawiał. Był na naszym terenie, jak pamiętam, pierwszym wędkarzem, który spinningował.
Łowiliśmy także „na żywca“. Przynętami były wspomniane kiełbie oraz takie małe rybki, które nazywaliśmy węgorzyce (ilustr. 2). Łowiło się także na kamionki (ilustr. 3), leszczówki (ilustr. 4) i miętusy (ilustr. 5) – tej drobnicy było bardzo wiele.

 

Porozmawiajmy może teraz o genezie powstania zorganizowanych struktur naszego Koła przed czterdziestu laty. Co Pan pamięta z tych czasów?

 

Przed 1976 rokiem było w Nowym Mieście już sporo wędkarzy takich z prawdziwego zdarzenia. Organizowaliśmy się, jak tylko mogliśmy. Bardzo nam w tym pomagał Tadeusz Bandurski, bardzo przyzwoity człowiek, który współorganizował przeróżne nasze wyjazdy, czy to nad Wkrę, czy to nawet na kilka dni na mazurskie jeziora.
Na początku 1976 roku doszliśmy do wniosku, że moglibyśmy nieco ułatwić wędkarzom dostęp chociażby do opłacania składek. Postanowiliśmy w Nowym Mieście zorganizować filię płońskiego koła, którego prezesem był wówczas Pan Fabisiak, pełniący również funkcję Prezesa Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni. Mieczysław Kołodziejski i Zdzisław Bandurski upoważnieni byli do odbioru znaków i legitymacji członkowskich z Płońska, od Pana Cywińskiego. Te składki rozprowadzał w Nowym Mieście przez pewien czas na początku nasz zaufany kolega Jerzy Wołkowicz w Urzędzie Gminy. Zainteresowanie wędkarzy rosło i szybko zorientowaliśmy się, że warto może założyć w ogóle oddzielne koło. I udało nam się to uczynić w marcu 1976 roku (ilustr. 6).
Tak na dobre praca w Kole ruszyła z początkiem 1977 roku. 16 stycznia, w obecności Dyrektora Zarządu Okręgu Ciechanowsko – Ostrołęckiego PZW kol. Waldemara Waleszkiewicza, pod przewodnictwem Stanisława Radomskiego odbyło się pamiętne Walne Zebrane. Wybraliśmy wówczas oficjalnie władze Koła, składające się praktycznie z osób, które wcześniej angażowały się już we wspólne sprawy. Skład zarządu wyglądał następująco:
1. Prezes Koła - Mieczysław Kołodziejski – ówczesny nauczyciel z Nowego Miasta
2. Wiceprezes - Tadeusz Żarek – rolnik z Nowego Miasta
3. Skarbnik - Tadeusz Królikowski – urzędnik pochodzący z Wólki Szczawińskiej
4. Sekretarz - Jerzy Wołkowicz – urzędnik z Nowego Miasta
5. Gospodarz - Eugeniusz Strzałkowski – stolarz z Nowego Miasta
6. Członek Zarządu - Remigiusz Szachowicz ze Szczawina
7. Członek Zarządu - Andrzej Karwala z Kubic, naczelnik gminy.

 

Do Komisji Rewizyjnej weszły następujące osoby:
1. Przewodniczący - Zbigniew Pietrzak – pracownik GS-u z Nowego Miasta
2. Leon Figurski – krawiec z Nowego Miasta
3. Tadeusz Bandurski – przedsiębiorca z Nowego Miasta

 

Sąd Organizacyjny Koła tworzyli:
1. Przewodniczący - Jan Kowalski – milicjant z Nowego Miasta
2. Ryszard Kultys - zegarmistrz z Nowego Miasta
3. Stanisław Radomski – urzędnik z Nowego Miasta
4. Jan Janiszek - lekarz z Nowego Miasta
5. Zygmunt Czarnecki – pracownik SKR-u z Nowego Miasta
6. Zdzisław Bandurski - prezes ds. handlu w Gminnej Spółdzielni \"Samopomoc Chłopska\" w Nowym Mieście.

 

Na tym samym zebraniu były poruszane takie sprawy jak niski poziom rzeki Sony, kłusownictwo, zanieczyszczanie Sony przez mleczarnię w Gąsocinie i bazę maszynową w Sońsku. Później poszczególne składy władz i organów Koła oraz Honorowej Straży zmieniały się. Jedni odchodzili, inni zastępywali ich w pełnionych obowiązkach np. Zygmunt Bandurski, Ireneusz Czarnecki czy Jan Fałczyński.
Powołana została także Straż Honorowa, mająca na celu przede wszystkim walkę z masowym kłusownictwem i nielegalnym połowem ryb. Najczęściej kontrolowana była Sona oraz Wkra - od Sobiesk do ujścia Sony.
Już w pierwszym roku mieliśmy ponad stu członków. Warto dodać, że od początku było to Koło bardzo prężne, każdy chciał coś wnieść od siebie, była taka wyczuwalna jedność w Kole. Po pewnym czasie wzięliśmy w dzierżawę nawet stawy w Gościminie, kiedy gmina oczyściła je na swój koszt. A w czasie, kiedy Gmina Nowe Miasto była połączona z gminą Joniec (w okresie od 01.08.1976 r. do 01.10.1982 r. do Gminy Nowe Miasto przyłączono część Gminy Joniec – przyp. red.), to dzierżawiliśmy i zarybialiśmy karpiem, linem i amurem również stawy w Osieku. Szczególnie amury miały tam dobre warunki, bowiem te stawy były bardzo zarośnięte. Pamiętam, że łowiliśmy je na pływającą skórkę od chleba. Często organizowaliśmy w tamtym miejscu wspólne, towarzyskie wedkowanie. Niestety, odległość do Osieka (ok. 11 km – przyp. red.) utrudniała nam skuteczną walkę z kłusownictwem w tamtym rejonie.

 

Pamięta Pan może okoliczności towarzyszące budowie Zalewu Nowomiejskiego?

 

O wcześniejszych nieoficjalnych rozmowach i naszych staraniach w tej sprawie nie wypada mi mówić. Wystarczy powiedzieć, że ówczesny Wojewoda Ciechanowski Jerzy Wierzchowski, który to dobrze znał Nowe Miasto, bowiem spędzał tu swoje dzieciństwo (mieszkał tu, gdzie teraz mieszkają Państwo Nowalińscy na ul. Bursztynowej), zaproponował na sesji w Urzędzie Gminy możliwość zrealizowania tej inwestycji. Pomocnym w realizacji tej idei był także ówczesny dyrektor finansowy Urzedu Wojewódzkiego, Pan Konca, którego żona przypadkiem pochodziła z Nowego Miasta. Pamiętajmy, że wtedy wielu radnych było wędkarzami, a nawet sam Naczelnik Gminy – Andrzej Karwala. Także wśród ówczesnych działaczy partyjnych pomysł ten uzyskał akceptację. Dosyć łatwo było pozyskać wtenczas na to środki, bowiem w kraju narzekano na niedobór wody. Zorganizowano wtedy dla radnych (wśród których było wielu wędkarzy) wyjazd do Mławy, aby obejrzeć Zalew Ruda na Mławce. Pojechaliśmy tam m.in. z Tadeuszem Bandurskim, który dysponował samochodem z kierowcą (Zdzisławem Ebertem) oraz z Andrzejem Karwalą, Tadeuszem Pilitowskim, Mieczysławem Kołodziejskim, Remigiuszem Szachowiczem, Ryszardem Kultysem i kilkoma radnymi (ilustr. 7). Każdemu wtedy ten akwen się bardzo spodobał, poczuliśmy w sobie zapał i wiedzieliśmy, że należy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by podobny zbiornik powstał w Nowym Mieście.
Przypomina mi się z tego czasu taka śmieszna sprawa. Nasz kolega Stanisław Dąbrowski pracował w telewizji, więc wpadliśmy na pomysł, że trzeba tej naszej wspólnej sprawie nieco pomóc. Gdy po wielu staraniach w końcu przyjechała do Nowego Miasta telewizja, by pokazać, że wody w regionie jest coraz mniej, zaprosiliśmy redaktorów najpierw na posesję Tadeusza Pilitowskiego, gdzie wcześniej Edward „Dzięcioł“ Wiktorowicz wspólnie ze Szczepanem Gzowskim wybrali ze studni wodę do samego dna. Na wozie obok studni stała beczka wypożyczona ze straży pożarnej, zapełniona wodą, służąca niby do dostarczania wody do pojenia zwierząt gospodarskich. A, że krowy już dzień wcześniej nie dostały wody, to przed kamerą ryczały głośno. Pojechaliśmy także do Gościmina, by pokazać, że tam, gdzie były różnego rodzaju zapory, poziom wód gruntowych był wyższy i trawa była zielona. Po czym udaliśmy się nieco w dół rzeki, i pamiętam, że albo ja, albo Mieczysław Kołodziejski mieliśmy odegrać rolę chłopa na łące. Padło na mnie, bo Mietek powiedział, że to trzeba będzie zrobić tak z werwą. Sprawa wymagała poświęcenia, więc wystąpiłem w tej roli chłopa i powiedziałem, pokazując na piaszczyste brzegi i wyschniętą łąkę, że kiedyś jak były młyny, to stan wody był duży, a dzisiaj kaczka może piechotą po rzece chodzić. Później oglądaliśmy ten program w telewizji i sami się z siebie śmieliśmy.
W pierwotnej wersji zalew miał być o wiele większy, aż pod Kierkut. Niestety, czas przemian ustrojowych i problemy w gospodarce narodowej opóźniły budowę. Ale wojewoda postanowił dokończyć inwestycję. My pomagaliśmy, jak tylko potrafiliśmy np. usuwaliśmy karpy i sadziliśmy drzewa. Ponadto opodatkowaliśmy się, każdy dawał na zarybienie ile mógł, chodziliśmy po sklepach, firmach, byliśmy też w tartaku… Zapał był niesamowity, bo wiedzieliśmy, że pod ręką będziemy mieli wodę i nie będziemy musieli jeździć chociażby nad Wkrę. Pamiętam, że zebraliśmy pokaźną na tamte czasy sumę. Częściowo dał nam też związek. Zaprosiliśmy ówczesnego Prezesa Zarządu Głównego PZW w osobie Eugeniusza Grabowskiego na spotkanie, które zorganizowaliśmy w szkole. Obiecał 2 tony ryb, które przyjechały po pewnym czasie do nas z Wierzbicy. My z zebranych funduszy kupiliśmy 1 tonę ryb, więc w sumie do zalewu trafiły 3 tony różnych ryb. W pierwszym roku nie można było łowić. Później przerzucaliśmy ryby idące na tarło z pod tamy w górę na drugą stronę. U rybaka z „Bugonarwi“ załatwiliśmy około 700 kg grubego leszcza i płoci. Po te ryby pojechaliśmy takim beczkowozem do przewozu mleka, załatwionym przez Ryszarda Świtalskiego z nasielskiej mleczarni. Pamiętam, jak po roku w zatoczce koło Pana Kowalskiego tak się tarły te leszcze, że widać i słychać to było z odległości 200 metrów.
Aby zwiększyć dochody Koła, organizowane były w nowomiejskiej remizie strażackiej zabawy taneczne. Ja byłem wtedy prezesem straży, więc nawet strażacy pomagali nam utrzymywać porządek podczas zabawy. Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego Zdzisław Bandurski, Wiesław Papierski i ja pojechaliśmy załatwiać napoje na zabawę do browaru w Ciechanowie. Wróciliśmy z całym załadowanym skrzynkami piwa Starem. Do godziny 23.00, wspólnie z Eugeniuszem Strzałkowskim wszystko sprzedaliśmy. Zarobiliśmy dla naszego Koła krocie, bowiem nigdzie wokół nie można było urządzać wówczas żadnych zabaw. Dodam, że mieliśmy wtedy obowiązek powiadomienia o zabawie oddziałów ZOMO, stacjonujących w Poświętnem.
Wszyscy byli wówczas zadowoleni, odczuwalna była taka jedność w kole i przyjazna atmosfera. Nawet jak organizowaliśmy jakieś zawody, to każdy myślał, co się będzie działo po zawodach. Pamiętam takowe na stawie u Jarosława Bandurskiego w Szczawinie. Wygrał je Edward Wiktorowicz, bowiem wyjął szczupaka, który zaplątał się zębiskami w siatce, w której on przechowywał karaski. Śmiechu było co niemiara.

 

Panie Leonie, jak powstało łowisko specjalne PZW w Nowym Mieście?

 

Otóż któregoś roku pojechaliśmy do Wierzbicy zamawiać ryby do zarybienia. Spotkaliśmy się tam m.in. z kolegami z Zarządu Głównego PZW. I pamiętam, że mówiłem ówczesnemu sekretarzowi ZG o tym, że my zarybiamy zalew z własnych pieniędzy, a inni wędkarze przyjeżdżają jakby na gotowe, nie partycypując w kosztach zarybiania, dbania o wodę. A on odpowiedział mi tak: ... „Proszę Pana, to bardzo łatwo pogodzić - stwórzcie łowisko specjalne!“. A Prezes ZG poprosił naszego prezesa Koła, żeby jak najszybciej napisał w tej sprawie pismo do zarządu okręgu, ten do zarządu głównego i będzie sprawa załatwiona. I tak właśnie powstało łowisko specjalne na zalewie. Wszyscy szli nam na rękę, także w Okręgu mówiąc, że „...mimo, iż ten zalew zrobiony jest na rzece, to jest to Wasza woda. Zrobiliście ją wspólnie z mieszkańcami Nowego Miasta przecież własnymi rękami, chronicie i zarybiacie...“.

 

Jak dalej potoczyły się losy Koła?

 

W latach 80 i 90-tych ubiegłego wieku wędkarstwem zainteresowało się sporo młodzieży. Przeważnie były to dzieci naszych kolegów - wędkarzy. Powołana została podczas spotkania w szkole nawet osobna sekcja młodzieżowa. Pamiętam, że został Pan jej przewodniczącym, zastępcą Maciej Chyczewski, a sekretarzem został Cezary Bandurski, syn Tadeusza. Wszyscy młodzi jeździli z nami na zawody, m.in. Adam Wołkowicz (syn Jerzego), Marcin Zieliński (syn Andrzeja), Waldemar Suwiński (syn Stanisława) i wielu innych, w tym mój wnuk Paweł, który zdobył w Okręgu Srebrny Hak i Puchar w 1994 roku. Młodzieżą opiekował się wówczas Zenon Józefiak.
Warto też wspomnieć o wielu innych, zaangażowanych w sprawy koła wędkarzach, takich jak np. Ireneusz Czarnecki – bardzo operatywna osoba (ilustr. 8). Był niezastapiony, jeżeli chodziło o załatwianie różnych spraw. Jak był zastępcą prezesa Kołodziejskiego, to właśnie on wszędzie jeździł załatwiać sprawy. Wspominam także Stanisława Radomskiego, Ryszarda Świtalskiego, a także Tadeusza Zielonkę, który od początku jak się tylko sprowadził do Nowego Miasta łowił tylko z łodzi. Należy przypomnieć także osoby Tadeusza Oporskiego, niezastapionego i nieocenionego Jurka Wołkowicza, czy Tadeusza Bandurskiego.

 

Był Pan też przez pewien czas skarbnikiem Koła. Jeszcze jako nastolatek opłacałem u Pana składki.

 

Tak, to prawda. Byłem skarbnikiem po Zygmuncie Bandurskim, ale po kilku latach ze względów zdrowotnych musiałem zrezygnować z tej funkcji. Zaraz po mnie objął te obowiązki na krótko Tadeusz Jaszczak. Później skarbnikami byli jeszcze Ryszard Kultys i Ryszard Olszewski. Trzeba zaznaczyć, że za mojej kadencji skarbnika, koło w 1996 roku liczyło 303 osoby.
Funkcje funkcjami, ale pamiętam, że w latach 70-ych tak naprawdę to wszystko łatwiliśmy we trzech - Mietek Kołodziejski, ja i Tadek Bandurski, choć Tadeusz miał z racji prowadzonej działalności gospodarczej mało czasu. Najczęściej spotykaliśmy się na takich nieformalnych spotkaniach u mnie lub w zakładzie u Tadeusza. Tych lat nie zapomnę.

 

Pamięta Pan swoje największe złowione ryby?

 

A pewnie, mogę pokazać nawet zdjęcie z jedną (ilustr. 9). Największą moją rybą był karp 14 kilogramów i amur 7 kilogramów, szczupaków za bardzo nie łowiłem.... Karpia złowiłem w 1994 roku na wedkę Byron, którą kupiłem wspólnie z Ireneuszem Czarneckim w hurtowni Pana Danielaka. Ważyli go moi koledzy: Mieczysław Kołodziejski i Tadeusz Zielonka.

 

Panie Leonie, bardzo dziękuję za gościnę i możliwość zanotowania tych paru słów. Muszę Panu powiedzieć, że nosiłem się z tą rozmową pewnie ze trzy lata.

 

To mi miło. Wie Pan Panie prezesie, ja ze względu na swój wiek, no mam już w końcu 85 lat, a to już robi swoje, mogę nie pamiętać tak od razu wszystkiego. Ale jak ktoś chciałby ze mną porozmawiać, to wiadomo, że w ciepłe dni jestem zawsze nad naszą wodą, nad Zalewem Nowomiejskim. Będzie mi na pewno bardzo miło.

 

Jeszcze raz dziękuję i życzę dużo zdrowia oraz wielu jeszcze miłych chwil spędzonych z wędką nad wodą.

 

Dziękuję bardzo.

 

Poleć znajomemu

Zdjęcia

Dodaj komentarz

Informacja
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

Komentarze

Komentarze (2)

  • Wołkowicz Adam Data dodania: 2 miesiące temu Oceń: 0 + / -

    Przez przypadek znalazłem w internecie tę rozmowę.

    Bardzo ciekawa, szczegółowa, aż chciało się czytać. Dużo ciekawych rzeczy, a to że dodatkowo zostałem wspomniany jako syn Jerzego Wołkowicza - miłe ;)

    Od wielu lat nie łowię ale może wrócę do tego hobby jak będzie więcej wolnego czasu.

  • Wołkowicz Adam Data dodania: 2 miesiące temu Oceń: 0 + / -

    Przez przypadek znalazłem w internecie tę rozmowę.

    Bardzo ciekawa, szczegółowa, aż chciało się czytać. Dużo ciekawych rzeczy, a to że dodatkowo zostałem wspomniany jako syn Jerzego Wołkowicza - miłe ;)

    Od wielu lat nie łowię ale może wrócę do tego hobby jak będzie więcej wolnego czasu.

Nasze Menu

Nasze wiadomości

Ostatnio komentowane wiadomości

Nasi członkowie

Nasze zdjęcia

Nasza sonda

Czy wędkowałaś/łeś w tym roku?
Tak
Nie
Głosuj wyniki

Ilość odwiedzin